Madonna dała mi w twarz. Dwa razy.

Po raz pierwszy, gdy miesiącami obiecywała Portugalię, a w końcu zaserwowała single niemające z nią nic wspólnego — „Medellin” z gorącym Latynosem okazało się zaledwie letnie, radiowe „Crave” szybko mnie znudziło, a gwoździem do lizbońskiej trumny były nieszczęsne prezenty, choćby w postaci topornego „I Rise”.

Drugi siarczysty policzek otrzymałem po wysłuchaniu „Madame X”.

„Dark Ballet” już tydzień temu okazał się światełkiem w tunelu. Niebanalny numer, umieszczony zaraz po komercyjnym „Medellin”, jest puszczeniem oka do słuchacza. „Nie będzie tak, jak myślicie”, zdaje się mówić Madonna. I choć zachwycam się tą artystyczną perełką, to jakoś nie wierzę, że na tej płycie wydarzy się coś równie dobrego. Nie po tych singlach.

W „God Control” Madonna cedzi swój protest song przez zaciśnięte zęby i choć tekstowo jest świetnie, to muzycznie nudnawo. I nagle zaskakująca volta. Pojawia się chór, odgłosy strzałów, dziecięca wyliczanka, rasowe disco, partie smyczkowe, a ja przestaję się orientować, co jest zwrotką a co refrenem. „Obudź się, obudź się, obudź się”, śpiewa Madonna, a w tle dzieją się takie rzeczy, że nie wiem, gdzie jestem i czego właśnie doświadczam. Wow! Wdech, wydech…

Względny spokój powraca przy znanym już „Future”, które mimo zmasowanego ataku rapero-vocoderów, jest bardzo przyzwoite pod względem muzycznym. Przyzwoite – ale Portugalii nie stwierdzono. I nagle zamieram… wraz z pierwszym uderzeniem bębnów „Batuki”. O Madonno! Na to czekałem. Afrykańskie rytmy, echo dawnych portugalskich kolonii, jakiś trudny do zidentyfikowania pierwotny niepokój. „Batuka” jest tym dla „Madame X”, czym „Shanti/Ashtangi” dla „Ray of Light”. Jeśli miałbym wskazać serce tego albumu, to jest nim właśnie ta piosenka. Madonna jest świetna, gdy czerpie z kultur najstarszych cywilizacji, i tak jak 20 lat temu, tak i teraz bez pardonu wyciąga rękę po artystyczny sukces.

Szczerze mówiąc, „Batuka” wystarczyłaby mi za całą Portugalię na tej płycie, ale Madame X dotrzymuje słowa.

Nostalgiczne „Killers Who Are Partying” serwuje przepiękne dźwięki, jakie można usłyszeć, spacerując w letnie wieczory po lizbońskiej Alfamie. Nie słuchamy jednak Marizy, lecz Madonny, która jest mistrzynią w mieszaniu składników pozornie niemieszalnych: fado przeplata się tu bowiem z elektroniką Mirwaisa i bardzo mocnym tekstem: „Będę gejem, jeśli zaczniecie ich palić (…) Będę biedaczką, jeśli będziecie poniżać biedaków (…) Będę islamem, jeśli go znienawidzicie (…) Będę kobietą, jeśli ktoś ją zgwałci i pęknie jej serce”. Takie rzeczy potrafi tylko Madonna. Czego chcieć więcej? Chyba tylko refrenu zaśpiewanego po portugalsku… ależ proszę bardzo… „Świat jest zdziczały, a droga przez niego samotna”, nuci po portugalsku Madonna.

Ten piękny język pojawia się również w powalającym „Extreme Occident”, zaaranżowanym instrumentami, których nazw nie potrafię nawet wymienić. Instrumentarium tego albumu jest zresztą najmocniejszym punktem programu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio doświadczyłem tak bogatych i zróżnicowanych aranżacji na albumie Madonny, i – co ważne – absolutnie zaskakujących! Madame X jest przebiegła i w wielu piosenkach poukrywała muzyczne niespodzianki. Najlepsza jest ta rodem z karnawału w Rio de Janeiro, która pojawia się w „Faz Gostoso”, piosence śpiewanej brazylijską odmianą portugalskiego. I to jak! Wymarzony pierwszy singiel.

Portugalskie wstawki pojawiają się także w słodkim „Crazy”, utworze, przy którym czuję się dwadzieścia lat młodziej. Dlaczego? Nie wiem. Ale to nie jedyna rzecz, której nie rozumiem na tym krążku. Madonna serwuje nam przedziwną, ale doprawdy fascynującą podróż i to nie tylko po kontynentach, lecz także w czasie, bo przenosimy się do lat 90. w trakcie „I Don’t Search I Find”. Tu znowu niezwykła mieszanka, coś jakby puścić jednocześnie „Vogue” i „Erotikę”, a potem wydać na modnej chilloutowej składance „Hotel Costes”. Zaczynam też rozumieć koncept tego albumu. Taka jest właśnie Lizbona, tego się w niej słucha, to tam fado miesza się z chilloutowymi bitami, reggae z latino, disco z rapem, współczesna elektronika z gitarami ulicznych grajków. Jestem pod dużym wrażeniem.

Idźcie jutro do sklepów, bo płyta „Madame X” jest najlepsza brzmieniowo od czasów „Confessions on a dance floor” i najciekawsza artystycznie od czasów „Ray of Light”.

Więcej – po raz pierwszy mamy do czynienia z eksperymentami muzycznymi tego kalibru. Królowa Popu demontuje pop, miesza gatunki, niszczy klasyczną konstrukcję piosenek – tworzy pop przyszłości. I wychodzi jej to na dobre, bo odważna forma podbija wyrazistą treść.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego trzeba kupić ten album, a właściwie jego edycję specjalną. „Looking For Mercy”. Ale nie podejmę się recenzji tej piosenki. Po prostu brakuje mi słów. To ta Madonna, przed którą jestem całkowicie bezbronny. I to ta piosenka, przy której Madonna dała mi w twarz po raz drugi. Za to, że w nią zwątpiłem.

„Madame X” to czternasty studyjny album Królowej Popu. W sprzedaży od 14 czerwca. Patroni medialni: Radio Zet, MTV, Aktivist, Multikino, empik i MadonnaNewEra.

 

Recenzja ukazała się 13 czerwca 2019 roku na nie istniejącym już profilu MadonnaNewEra – PL.